Odpowiedź. Jeśli zaistniało wskazanie do stosowania luteiny dopochwowo, należy poradzić się lekarza prowadzącego, czy nie widzi przeciwwskazań do współżycia. Do czasu wizyty i konsultacji w tym zakresie zalecałabym jednak wstrzymanie się od seksu. Sama luteina nie stanowi przeciwwskazania do bliskości, choć jej stosowanie
Ale ja pytam poważnie. W jaki sposób zweryfikować, że dziewczyna z którą się spotykam jest dziewicą? Ona mówi, że jest. A mi coś nie pasuje. Jak podczas pieszczot sprawdzić czy mówi prawdęczy nie? Czy wsuwając palec do jej pochwy mogę to wyczuć? Kiedy ją tam pieszcze to jakoś nie wyczuwam żadnego oporu.
W prawidłowo przebiegającej ciąży, można współżyć, aż do porodu. Warto nadmienić, że jeżeli termin porodu już minął współżycie jest nawet wskazane. Jeżeli ciąża jest już donoszona, a nasz maluszek nie spieszy się do wyjścia z bezpiecznego schronienia, jakie daje mu nasz brzuch.
Jak często kobiety mają orgazm i jak często występują zaburzenia orgazmu? Z badań i statystyk wynika, że ok. 46 proc. kobiet doświadcza orgazmu prawie lub prawie zawsze, 27 proc. kobiet nie przeżywa orgazmu w trakcie stosunku, a 8-10 proc. kobiet nigdy w życiu nie przeżyło orgazmu. Z kolei problem z orgazmem dotyczy ok. 20 proc. kobiet.
JAK CZĘSTO NALEŻY WSPÓŁŻYĆ STARAJĄC SIĘ O DZIECKO? Na to pytanie poszukuje odpowiedzi wiele par planujących zostać rodzicami i często otrzymują bardzo
Dziś (22 XI 2010) jedziemy tam, gdzie kończy się ziemia, wody Morza Arabskiego spotykają się z Zatoką Bengalską, a wschód księżyca w pełni odbywa się równocześnie z zachodem słońca. To miejsce to Kanyakumari. Zanim tam jednak dotrzemy musimy się pożywić, bo czeka nas długa droga, 200 km do pokonania.
R2f2. Pewna 12-latka z USA z pozoru była normalną, zdrową dziewczyną. Czynnie uprawiała sporty, pływała, grała w siatkówkę. Ale miała jeden poważny problem, który uprzykrzał jej życie -powiększające się wargi sromowe. Z czasem urosły do tak Ginekologia Estetyczna/ fot. fotolia Pewna 12-latka z USA z pozoru była normalną, zdrową dziewczyną. Czynnie uprawiała sporty, pływała, grała w siatkówkę. Ale miała jeden poważny problem, który uprzykrzał jej życie -powiększające się wargi sromowe. Z czasem urosły do tak gigantycznych rozmiarów, że uniemożliwiały jej chodzenie w stroju kąpielowym, a nawet w spodenkach do gimnastyki. Ten przypadek opisał dr Red Alinsod podczas śniadania prasowego Tajemnice labioplastyki. Chirurgia intymna kobiet, które odbyło się 26 października br. w Klinice Dr. Szczyta w Warszawie. Jak opowiadał, kilka miesięcy wcześniej zrozpaczona dziewczyna przyleciała do niego wraz z rodzicami z drugiego krańca Stanów Zjednoczonych. W tym czasie jej wargi sromowe były już tak duże, że aż obijały się o uda. Ginekologia Estetyczna/ fot. fotolia Zdaniem doktora, historia nastolatki zakończyła się szczęśliwie jedynie dzięki labioplastyce, czyli plastyce warg sromowych, którą wraz z zespołem wykonał w swojej klinice. Po kilku tygodniach dziewczyna wróciła do sportu i normalnego życia. Konieczność czy wymysł naszych czasów? Opisany przypadek to oczywiście ekstremum, co nie zmienia faktu, że labioplastyka jest coraz bardziej popularna także w Polsce. Ale mimo, że decyduje się na nią coraz więcej kobiet, wciąż jest to w naszym kraju temat tabu. Co sprawia, że Polki poddają się zabiegowi? Najczęściej jest to brak akceptacji własnego wyglądu przez kobietę lub utrudnienia w jej normalnym funkcjonowaniu, czyli np. w jeździe na rowerze lub podczas współżycia – mówi dr Rafał Kuźlik z Kliniki Dr. Szczyta. Wspomniana labioplastyka to tylko jedna z wielu propozycji ginekologii estetycznej, najszybciej obecnie rozwijającego się odłamu chirurgii estetycznej na świecie. Jej zakres jest naprawdę szeroki: od laserowego obkurczania pochwy, która zwiększa doznania seksualne przez perineoplastykę (odtworzenie prawidłowego kształtu krocza) aż po… wybielanie warg sromowych lub odbytu. Do nas najczęściej pacjentki zgłaszają się z powodu nietrzymania moczu – mówi dr Maciej Rogala z warszawskiej Gold Clinic, który jako jedyny w Polsce i jeden z nielicznych na świecie posługuje się laserową metodą leczenia wysiłkowego nietrzymania moczu. Wiek pacjentek jest różny, bo problem dotyka zarówno młode mamy, bezpośrednio po naturalnym porodzie, jak i panie po okresie menopauzy, u których przyczyną jest zmiana gospodarki hormonalnej. Zdarza się, że kobiety nie potrafią powstrzymać popuszczania moczu podczas np. kaszlu, czy kichnięcia lub też rano, kiedy wstając z łóżka mocz zaczyna uciekać zanim zdążą dobiec do toalety. „Wyzerowanie licznika”, czyli powtórne dziewictwo Osobnym tematem jest hymenoplastyka. Niektóre pacjentki żartują, że zabieg odtworzenia błony dziewiczej jest dla nich „wyzerowaniem licznika”. Ale, jak podkreśla dr R. Alinsod, sprawa wcale nie jest śmieszna. Na zabieg decydują się kobiety po gwałcie lub te, które mają przykre skojarzenia związane ze swoim pierwszym razem. Największą grupę zainteresowanych stanowią kobiety planujące małżeństwo z muzułmaninem, a tym samym zmuszone do rekonstrukcji błony z przyczyn religijnych. Jak wiadomo, w kulturze islamu żonie grożą poważne konsekwencje, jeśli okaże się, że w dniu zaślubin nie była dziewicą. Tymczasem dzięki zabiegowi po jednym cięciu i założeniu 10 rozpuszczalnych szwów, w ciągu 30 minut zostaje stworzona iluzja dziewictwa. Prawidłowo wykonane szwy są praktycznie nie do wykrycia, a nawet dają efekt krwawienia w noc poślubną. Są w USA i takie kobiety, mówił dr R. Alinsod, które poddają się „intymnym operacjom” w ramach… prezentu dla męża z okazji urodzin lub rocznicy ślubu. Okazuje się jednak, że w Polsce nie przywrócenie, ale… usunięcie błony jest częściej wykonywanym zabiegiem. O ile rekonstrukcja błony dziewiczej dotyczy kobiet, które wiążą się z nowym partnerem, wymagającym obecności tego fragmentu jej ciała, o tyle zabieg nacięcia błony dziewiczej dotyczy już zupełnie innej sytuacji – mówi doktor Kuźlik z Kliniki Dr. Szczyta. Ma miejsce najczęściej u pokwitających dziewczynek, u których nie dochodzi do prawidłowego wypływu krwi miesiączkowej lub młodych kobiet, u których budowa błony uniemożliwia rozpoczęcie współżycia. Co z tą ginekologią estetyczną? Obecnie medycyna estetyczna jest coraz częściej postrzegana jako element dbania o siebie. Tak jak chodzi się do dentysty leczyć zęby i zapobiegać kolejnym problemom, tak samo zaczyna się traktować wizyty u lekarza medycyny estetycznej, który zajmuje się odwracaniem skutków upływającego czasu i zapobieganiem powstawaniu nowych zmarszczek. Podobnie, zdaniem dr. Macieja Rogali, powinno się postrzegać ginekologię estetyczną. Niezadowolenie z wyglądu okolic intymnych i świadomość różnego rodzaju defektów uniemożliwiają kobietom normalne funkcjonowanie. Wstydzą się współżyć, mają problemy z własną nagością, więc kiedy pojawia się metoda, która może zlikwidować uciążliwy problem, coraz chętniej się na nią decydują. Z tą różnicą, że o ile do botoksu wypada się przyznać, to o zabiegach z zakresu ginekologii estetycznej już żadna pacjentka nie mówi głośno. Autor: Joanna Depa Słownik: – labioplastyka – zabieg polega na korekcji i nadaniu odpowiedniego kształtu wargom sromowych. Labioplastykę wykonuje się przy użyciu metody laserowej lub radiofalowej. – vaginoplastyka – zwężenie lub poszerzenie przedsionka pochwy i samej pochwy, przywrócenie im odpowiedniego rozmiaru. – laserowe obkurczanie pochwy – wiązka laserowa stymuluje kolagen w błonie śluzowej pochwy i powięzi wewnątrzmiednicznej. W efekcie tkanki stają się bardziej napięte i elastyczne, zmniejsza się obwód pochwy (jest ciaśniejsza), polepszają się doznania seksualne. – perineoplastyka – zabieg polega na odtworzeniu prawidłowego kształtu krocza, szczególnie po obrażeniach poporodowych (często jest związany z labio- lub vaginoplastyką). – wybielanie warg sromowych – wykonuje się laserem erbowym, którym złuszcza się przebarwioną tkankę. Zabieg ten jednocześnie działa odmładzająco i ujędrniająco. Wykonywany jest u kobiet, którym przeszkadza wygląd ich własnych okolic intymnych. Nie jest to jednak problem zdrowotny. – laserowa metoda leczenia wysiłkowego nietrzymania moczu – polega na fototermicznym obkurczaniu pochwy za pomocą lasera. Końcówkę lasera wprowadza się do pochwy, a wiązka laserowa jest podawana na ścianki pochwy. Zabieg jest bezbolesny, nie wymaga znieczulenia, trwa około 15 minut. – hymenoplastyka – odpowiednie uformowanie strzępków błony dziewiczej i odtworzenie jej całości. – hymenotomia – usunięcie lub nacięcie błony dziewiczej. Źródła: * Ceny zabiegów i operacji są uzależnione od stopnia ich trudności. Ogólnie można przyjąć zasadę, że im krótszy i prostszy zabieg (np. nacięcie błony dziewiczej), tym jest tańszy. Ceny zaczynają się od 1 000 PLN.
Pewna kobieta chciała zachować dziewictwo do ślubu. Jej postanowienie spełzło na niczym. W ten sposób niesamowicie skrzywdził ją mężczyzna, którego szczerze kochała. Mayci miała swoje zasady i nie chciała współżyć z mężczyzną przed ślubem. Wydawało się, że znalazła kogoś kto kocha ją i rozumie jej postanowienie. Niestety, kobieta zawiodła się niesamowicie, a do tego została skrzywdzona. Spotkał ją gwałt, bo chciała zostać dziewicą do ślubuMayci mieszkała z mężczyzną, którego kochała i uważała za ideał. Kiedy jednak ona nie chciała uprawiać seksu przed ślubem, on robił się coraz bardziej niecierpliwy i napastliwy. Szybko zaczął być strasznie podejrzliwy. Próbował przeglądać mojego Snapchata i czytać prywatne wiadomości. Chciał też koniecznie zaciągnąć mnie do łóżka, chociaż znał moje poglądy. Pochodzę z religijnej rodziny i planowałam zachować dziewictwo do ślubu. Namawiał też do picia alkoholu, bo myślał, że wtedy zmięknę - napisała na swoim blogu Mayci. Ostatecznie mężczyzna dopuścił się najgorszej możliwej rzeczy. Kiedy kobieta uparcie odmawiała, faktem stał się gwałt. Zmusił mnie do wypicia drinka. Wystarczył jeden, żebym straciła świadomość, bo coś do niego dodał. Nie panowałam nad swoim ciałem i przelewałam mu się przez ręce. Pamiętam niewiele. Głównie mój krzyk: nie chcę, nie chcę! Nie potrafiłam otworzyć oczu. Wreszcie on się na mnie położył - tego było mało, następnego dnia rano mężczyzna potwierdził jak gdyby nigdy nic, że uprawiali seks. Mało tego - zrobił jej awanturę, bo ona tego nie sobie wyobrazić, jak źle czuła się Mayci. Gwałt zadany przez ukochaną osobę musi boleć podwójnie. Podczas, gdy ona mu ufała - on za nic miał jej uczucia i zakończyła ten toksyczny związek, a po latach zakochała się ponownie i teraz tworzy razem ze swoim mężem szczęśliwą rodzinę. Niemniej, nic nie cofnie tego, co przeżyła.
Problem, jaki obecnie staje przed UE, USA i NATO nie polega na tym, że zgoda na zmianę przynależności państwowej Krymu radykalnie pogorszyłaby ich bezpieczeństwo, lecz na udzieleniu odpowiedzi na pytanie, jak dalej współżyć z agresorem. Otóż, trzeba przyznać, że po tym konflikcie stosunki międzynarodowe na całej północnej półkuli nie będą już mogły być takie same – z prof. Tomaszem Stryjkiem z ISP PAN rozmawia Stefan Kabat Stefan Kabat: Panie Profesorze, po tym, jak na Ukrainie drogą rewolucyjną zmieniał się porządek wewnętrzny, teraz nadszedł etap umiędzynarodowienia „sprawy ukraińskiej”. Jakie konsekwencje dla równowagi tak w regionie, jak i w ogóle w skali globu mogą mieć obecne wydarzenia? Jaki scenariusz (aneksja Krymu przez Rosję, „naddniestryzacja” półwyspu, utrzymanie go w jakiś sposób przez Ukrainę, a może jakaś forma dalszej eskalacji konfliktu) wydaje się Panu najbardziej prawdopodobny? Prof. Tomasz Stryjek: W chwili, w której rozmawiamy (piątek, 7 marca, rano) domniemany plan prezydenta Putina odnośnie Ukrainy, realizowany od 26 lutego, przyniósł owoce jedynie w skromnej części. O sukcesie Rosji można mówić tylko w kwestii przygotowania do aneksji obwodu krymskiego, nie powiodło się natomiast ani wywołanie zamieszek dostarczających pretekstu do wprowadzenia armii rosyjskiej, ani powołanie alternatywnych władz, w żadnym z pozostałych obwodów Wschodu i Południa Ukrainy. Tym bardziej nie powiodło się – aczkolwiek nie możemy mieć pewności, czy leżało w zamiarach przywódcy Rosji – wywołanie swego rodzaju kontrrewolucji i tak gruntowne zdestabilizowanie kraju, aby ukonstytuowane w dniach 21 – 27 lutego władze w Kijowie podały się do dymisji. Wtedy proces formowania kierownictwa Ukrainy musiałby zacząć się od nowa, w zamiarze Rosji z udziałem nowej reprezentacji sił prorosyjskich. W świetle obecnego stanu spraw, jeśli nawet rychło nastąpi formalna aneksja Krymu przez Rosję, nowa równowaga sił w Europie Wschodniej, Środkowej i Południowo-Wschodniej nie będzie znacznie różniła się od poprzedniej. Tym bardziej trudno byłoby mówić o głębokiej zmianie w skali całego globu. Naturalnie, utrata panowania nad Krymem pogarsza strategiczne położenie Ukrainy w przypadku następnej konfrontacji z Rosją. Oznacza spadek dochodów z turystyki i odcięcie od własnego państwa mieszkających na półwyspie Tatarów i Ukraińców. Zmusza do budowy praktycznie „od zera” baz morskich, w których mogłaby stacjonować flota Ukrainy. Z drugiej strony wszakże utrata Krymu rozwiązuje największe obciążenie, które wynikało z tzw. umów charkowskich z 2010 r. – oddaje Ukrainie na powrót możliwość wyboru polityki bezpieczeństwa poprzez integrację z Zachodem. Możliwość tę utraciła ona, godząc się na stacjonowanie floty rosyjskiej na swoim terytorium aż do 2042 r.! Problem, jaki obecnie staje przed UE, USA i NATO nie polega zatem na tym, że zgoda na zmianę przynależności państwowej Krymu radykalnie pogorszyłaby ich bezpieczeństwo, lecz na udzieleniu odpowiedzi na pytanie, jak dalej współżyć z agresorem. Otóż, trzeba przyznać, że po tym konflikcie stosunki międzynarodowe na całej północnej półkuli nie będą już mogły być takie same, jak przed uchwałą Rady Federacji Rosji z 1 marca 2014 r., kiedy prezydent oraz parlament Rosji zdyskredytowały się ostatecznie. Wydaje się, że tylko pełna zmiana władz Rosji – i to nawet nie personalna (Putin kiedyś w końcu sam zapragnie przejść „na emeryturę”), lecz systemowa, będąca skutkiem przełomu demokratycznego i odnowienia systemu politycznego – będzie mogła otworzyć drogę do prawdziwie przyjaznych stosunków państw Europy oraz Ameryki Północnej z Rosją. Po prostu, Putinowi ani nikomu innemu, kto będzie rządził z jego nadania, nie będzie już można zaufać. I nawet jeśli państwa europejskie nadal będą musiały – z powodu zależności surowcowej czy handlowej – utrzymywać z nim poprawne stosunki, to deklaracje przyjaźni wobec niego będą już wyłącznie wymuszone. Nie podzielam poglądu szeregu komentatorów z ostatnich dni, że sytuacja w Europie jest porównywalna z jesienią 1938 r., a dokładnie z tym momentem, w którym Chamberlain i Daladier jechali do Monachium zawrzeć porozumienie z Hitlerem i Mussolinim, następnie zaakceptowali rozbiór Czechosłowacji, a w końcu przed własną opinią publiczną usiłowali sobie przypisać zasługę uratowania pokoju. Nic nie wskazuje na to, że cele Putina sięgają poza przestrzeń dawnego ZSRR, a ściślej biorąc, poza kraje z udziałem mniejszości rosyjskiej i rosyjskojęzycznej. Jednocześnie jednak sądzę, że sytuacja jest znacznie poważniejsza niż w czasie wojny rosyjsko-gruzińskiej w 2008 r. I że nie może zakończyć się rzeczywistym pogodzeniem się Zachodu ze zmianą granic Ukrainy, jak to było z faktycznym włączeniem do Rosji Osetii Południowej oraz Abchazji, ani – za kilka lat – jakimś nowym „resetem” w stosunkach amerykańsko-rosyjskich. M. in. państwa bałtyckie mają jak najbardziej prawo czuć się zagrożone (aczkolwiek trzeba przyznać, że ich sytuacja jest całkiem inna niż Ukrainy – w przypadku jakiejkolwiek próby zamachu Rosji na ich terytorium, NATO musiałoby zareagować wprost siłami wojskowymi, gdyż w przeciwnym razie straciłoby jakąkolwiek wiarygodność). Z pozoru sytuacja jest mniej groźna niż w 2008 r. na Kaukazie – w końcu przejęcie władzy na Krymie odbywa się bez strat w ludziach, na czym zależy obu stronom konfliktu – to jednak trzy przyczyny nadają jej przełomowy charakter. Po pierwsze, decyduje o tym te ponad osiemdziesiąt ofiar po stronie manifestantów na Majdanie w Kijowie. Nie tylko zginęły na oczach całego świata, ale także okazawszy determinację, która mieszkańcom Zachodu „nie mieściła się w głowie”, ostatecznie przyczyniły się do obnażenia metod politycznych, z pomocą których rządzi sam Putin i jego satelici w państwach zależnych (mam na myśli i gotowość zmasowanego użycia siły, i akcję propagandową, jaką Rosja prowadziła przeciw rewolucji przynajmniej od początku bieżącego roku). Innymi słowy, to one spowodowały, że „europejskość” współczesnej Rosji w zachodniej opinii publicznej „legła w gruzach” (m. in. Rosja od około dekady realizuje strategię wizerunkową, polegającą na zaznaczeniu jej decydującej roli w zwycięstwie w II wojnie światowej i jednoczesnym „demaskowaniu” „faszystowskiego”, zatem nie-europejskiego, pochodzenia i charakteru tych współczesnych sił politycznych na Ukrainie i w państwach bałtyckich, które przestrzegają przed nią i opowiadają się za pełną integracją z Zachodem). Po drugie, nowe władze Ukrainy nie dały Rosji żadnego powodu, aby ta ostatnia mogła poczuć się zagrożona (przypomnijmy, że w 2008 r. prezydent Saakaszwili dał się sprowokować i zaatakował Cchinwali). Można się zgodzić, iż decyzję odwołania ustawy językowej z 2012 r. przez Radę Najwyższą mieli prawo negatywnie ocenić rosyjskojęzyczni obywatele Ukrainy (aczkolwiek trudno byłoby argumentować, iż przed wejściem w życie tej ustawy język rosyjski był tam jakkolwiek represjonowany). Jednak twierdzenie, że jakakolwiek decyzja nowych władz ukraińskich naruszyła standardy europejskie, albo stworzyła zagrożenie dla Rosji, jest oczywistą bzdurą. Zostawiam tu na boku sam sposób ukonstytuowania tych władz, który odbył się w sposób rewolucyjny. I najprawdopodobniej nie wytrzymałby oceny formalnej w sądownictwie konstytucyjnym. Po trzecie w końcu, administracja Baracka Obamy, inaczej niż administracja George`a W. Busha, prowadziła wobec Rosji politykę otwartą i obliczoną na współpracę. W istocie wycofała się ze strategicznej rywalizacji z Rosją na obszarze Eurazji, prowadzonej przez poprzednią ekipę. Innymi słowy, Amerykanie nie mają powodów zarzucać sobie, że w ostatnich czterech latach jakkolwiek przyczynili się do wzrostu poczucia zagrożenia Rosji. Jawność i bezceremonialność agresji na Krymie, a także towarzysząca jej histeria w parlamencie rosyjskim i części mediów, w odbiorze światowej opinii publicznej rysują obraz Rosji jako nieobliczalnego uczestnika stosunków międzynarodowych. Nawet jeśli nowe władze Ukrainy podzieliłyby pogląd, iż bez Krymu będą mogły prowadzić bardziej swobodną politykę na arenie międzynarodowej, nie mogą odstąpić od zasady nienaruszalności swego terytorium. Akcja, jaką Rosja przedsięwzięła w ostatnich dniach, spowoduje na tyle istotną zmianę w opinii publicznej Europy i Ameryki Północnej, że władze Ukrainy, przystając na secesję Krymu, straciłyby wiarygodność. W konsekwencji mogłoby się okazać, że wcale nie zyskały większego pola wyboru dla swej polityki zagranicznej. Najprawdopodobniej uważano by, że jako takie, które same są gotowe przejść do porządku dziennego nad oczywistą agresją, nie zasługują na to, aby być przyjęte do UE czy NATO. Podsumowując, sądzę, że zmiana sytuacji na Krymie pociągnie za sobą poważne zmiany w stosunkach międzynarodowych. Jest w tym pewien paradoks. Kraj, którego większość ludności być może rzeczywiście wolałaby być obywatelami Rosji – przypomnijmy, że po pierwsze, nawet tuż po rozpadzie ZSRR w ukraińskim referendum niepodległościowym 1 grudnia 1991 r. na Krymie „za” głosowało tylko 54% ludności, po drugie, według wszelkich szacunków współcześnie ludzie identyfikujący się z narodem rosyjskim stanowią tam większość bezwzględną – został właśnie faktycznie odłączony od Ukrainy w takich okolicznościach i w taki sposób, że nikt poza samą Rosją tego nie może zaakceptować. Zatem „kwestia krymska” najprawdopodobniej pozostanie obciążeniem dla stosunków międzynarodowych w długiej perspektywie. Chyba aż do momentu zasadniczej zmiany władzy w samej Rosji. Wiele mówi się o bierności i bezradności szeroko pojętego Zachodu. Czy rzeczywiście możemy mówić o braku woli, czy może raczej – o braku narzędzi? Państwa zachodnie mają narzędzia bardzo zdecydowanego nacisku na Rosję, takie jak: wprowadzenie amerykańskiej floty na Morze Czarne, włączenie przestrzeni powietrznej południa i wschodu Ukrainy do systemu obserwacyjnego AWACS, ograniczenie eksportu UE do Rosji produktów wymagających zaawansowanych technologii, czy ograniczenie importu gazu (pod warunkiem zapewnienia państwom Europy Środkowej jego dostaw z innych części świata, tzn. tłoczenia go w systemie europejskich gazociągów w kierunku wschodnim). Problem w tym, że państwa te nie mają legitymacji społecznej do ich użycia. Wiele już napisano o „posthistoryczności” Europy Zachodniej, o aspirowaniu UE do bycia pierwszym w dziejach „mocarstwem cywilnym” itd. Bez względu na to, jakiegokolwiek terminu byśmy nie użyli dla opisania niskiej zdolności do ponoszenia ofiar społeczeństw Europy Zachodniej, nie zatrzemy tego, że ani ona jako całość, ani żadne z jej państw z osobna, nie mają legitymacji ani do ryzykowania w akcji bojowej życiem swych obywateli, ani spowodowania wyraźnego pogorszenia standardów ich życia codziennego (np. wskutek przejściowych problemów z surowcami energetycznymi) w sytuacji, w której stawką w grze jest „tylko” ratowanie wartości ładu międzynarodowego, a nie bezpośrednie zagrożenie dla ich bezpieczeństwa. Dotyczy to w dużej mierze także USA, gdzie wprawdzie istnieje przyzwolenie społeczne dla używania środków militarnych w różnych częściach świata, ale kwestia integralności Ukrainy w polu widzenia opinii publicznej pozostaje na bardzo dalekim miejscu. Z drugiej strony Rosja pozostaje nie tylko mocarstwem atomowym, zanurzonym w „historyczności”, którego władze pielęgnują wspomnienie wielkości imperialnej, ale także krajem, w którym życie ludzkie ceni się nadal wyraźnie mniej. Obok tej różnicy duże znaczenie ma jeszcze dojmująca na całym Zachodzie potrzeba ograniczenia wydatków publicznych z powodu kryzysu ekonomicznego. W konsekwencji państwa zachodnie wiele zrobić nie mogą. Jednak to, do czego mają legitymację od swych społeczeństw, może okazać się dla Rosji bardzo dotkliwe. Chodzi o wprowadzenie zakazu wjazdu na Zachód dla osób odpowiedzialnych za akcję na terytorium Ukrainy (słuszne jest stanowisko, że z wyjątkiem samego Putina), mocne ograniczenie wydawania turystycznych wiz wjazdowych dla obywateli Rosji oraz zamrożenie ich rachunków bankowych w państwach Europy i Ameryki Północnej. Jak twierdzi najlepszy dziś na Zachodzie historyk dziejów Europy Wschodniej XX w. i przenikliwy obserwator współczesnych rosyjskich mediów Timothy Snyder, Rosja wydaje się nie brać pod uwagę, że sankcje tego rodzaju z jednej strony niewiele kosztują Zachód, z drugiej będą tak dotkliwe dla rosyjskiej klasy wyższej i średniej, która albo kształci swe potomstwo w Europie i chroni tam swe pieniądze przed perturbacjami wokół rubla, albo przynajmniej nawykła spędzać urlopy w krajach UE, że społeczne poparcie dla reżimu Putina zostanie poważnie nadwątlone. Zatem reakcja Zachodu powinna polegać nie tylko na niewielkim wzmocnieniu sił powietrznych państw położonych na „wschodniej” flance NATO (USA), na zawieszeniu przygotowań do szczytu głów państw z udziałem Rosji (G7), na zawieszeniu negocjacji z nią na temat stopniowego znoszenia dotychczasowego reżimu wizowego oraz zawarcia nowego traktatu handlowego (UE), czy w końcu na zapowiedzi przeglądu współpracy wojskowej (NATO). Wprowadzając wspomniane poprzednio środki, gospodarki Zachodu stracą niewiele, a jednocześnie powstanie szansa, iż w perspektywie roku-dwóch w rosyjskich środowiskach opiniotwórczych nastąpi sprzeciw wobec nacjonalistycznej retoryki władz i imperialnych metod prowadzenia polityki wobec sąsiadów. Rozumiem z tego, że jest Pan wobec dotychczasowej odpowiedzi Zachodu krytyczny. Jednak być może jest tak, że jego strategia postępowania jest w rzeczywistości ryzykowną, ale przemyślaną grą na przeczekanie Putina, obliczoną na zmęczenie Moskwy choćby konsekwencjami gospodarczymi (w ostatnich dniach sytuację poważnie odczuła tak moskiewska giełda, jak i rubel)? Wydaje mi się, że nazywanie tego, co na razie nastąpiło przemyślaną „strategią” jest stanowczo działaniem na wyrost. Można by je nawet zinterpretować jako zabieg PR-owy, mający na celu ukrycie własnego braku zdecydowania. Przemyślane – i jak najbardziej słuszne – są na pewno działania sekretarza stanu Kerry`ego na rzecz podjęcia bezpośrednich rozmów przez Rosję i Ukrainę (nawet jeśli strony nie osiągnęłyby porozumienia w sprawie Krymu, samo ich przeprowadzenie oznaczałoby uznanie nowych władz w Kijowie przez Kreml). Trudno jednak mówić o całościowej strategii Zachodu. Sądzę, że i państwo rosyjskie, i opinia publiczna sprostają temu spadkowi wartości rubla, jaki ostatnio obserwujemy. Do tego, aby metoda bezpośredniego nacisku ekonomicznego była skuteczna, potrzebne byłoby ograniczenie przez UE importu i eksportu do Rosji. Innymi słowy, albo bezpośrednie uderzenie w przychody budżetu rosyjskiego z eksportu, albo ograniczenie konsumpcji towarów zachodnich przez Rosjan. Realność zastosowania tych środków jednak już wykluczyliśmy. Nie nastąpi też odpływ inwestycji zachodnich z Rosji (w największym stopniu niemieckich). Jak się wydaje, pozostają wymienione poprzednio środki bardziej długoterminowego oddziaływania na rosyjską opinię publiczną. Można uznać, że to niesprawiedliwe, aby „zwykli” Rosjanie ponosili konsekwencje działań kierownictwa państwa. Nie ma jednak wątpliwości, że tylko oni mogą Rosję, w tym także jej politykę zagraniczną, trwale zmienić. W kontekście bierności Zachodu często pada argument memorandum budapeszteńskiego, w którym Rosja, USA i Wielka Brytania zadeklarowały poszanowanie integralności terytorialnej Ukrainy. Pojawiają się jednak głosy, że formuła owego dokumentu żadnej ze stron do niczego prawnie nie zobowiązuje, będąc tylko deklaracją woli – jakie jest faktyczne znaczenie dokumentu dla obecnych wydarzeń? Memorandum nie ma charakteru traktatowego. Nie było przedmiotem ratyfikacji w państwach, które go podpisały. W sensie ścisłym nie należy zatem do prawa międzynarodowego. Natomiast jego konsekwencje, czyli przystąpienie Ukrainy do układu o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej (oraz wydanie tej broni Rosji w celu jej zniszczenia), jak najbardziej taki charakter ma. Memorandum było traktowane jako wyraz intencji mocarstw atomowych, w tym Rosji, do budowy systemu bezpieczeństwa międzynarodowego w oparciu o wzajemne zaufanie. Jako takie było symbolicznym zerwaniem z systemem jałtańskim w Europie. Przypomnijmy, że nastąpiło na szczycie KBWE, na którym państwa członkowskie niejako podsumowały wyniki zmian zachodzących na kontynencie od 1989 r. i przekształciły tę strukturę w OBWE. Powstał regionalny system bezpieczeństwa, powiązany z ONZ i odgrywający rolę podobną do Organizacji Państw Amerykańskich czy Organizacji Jedności Afrykańskiej (dziś Unii Afrykańskiej). Był to moment zamykający proces demontażu żelaznej kurtyny w Europie. Ukraina dobrowolnie zgodziła się w nim uczestniczyć na prawach państwa bezatomowego, gdyż nic nie wskazywało na to, że którakolwiek z pięciu oficjalnych potęg atomowych świata jej zagrozi. Odrzucenie przez Rosję memorandum w 2014 r. oznacza zakomunikowanie światu, iż obecne jej kierownictwo uważa politykę bezpieczeństwa prezydenta Jelcyna z lat 90. ubiegłego wieku za wyraz słabości. Akt ten idzie o tyle dalej niż wkroczenie do Osetii Południowej w 2008 r., że oznacza nie tylko złamanie traktatu między dwoma państwami (w tym przypadku traktatu rosyjsko-ukraińskiego z 1997 r.) oraz Karty ONZ, ale także podważenie międzynarodowych porozumień kończących epokę zimnej wojny. To właśnie dlatego obecna sytuacja powoduje, że wielu komentatorów wpisuje politykę Putina w projekt odbudowy imperium. O ile sytuację z 2008 r. interpretowano raczej jako powrót Rosji do „ligi” wielkich mocarstw (jak wiadomo, na różne sposoby sił zbrojnych poza granicami własnego kraju od 1991 r. używały nie tylko USA, ale regionalnie także Francja, Turcja, Izrael, Nigeria czy Etiopia), o tyle dziś chodzi o zweryfikowanie międzynarodowych ustaleń, według których pokojowo rozpadł się blok wschodni w Europie i sam ZSRR. Komentatorzy chętnie sięgają też do wątku Turcji – państwa wciąż dynamicznie rozwijającego się, coraz bardziej umacniającego swoją pozycję w regionie, mającego daleko idące ambicje, ale jednocześnie członka NATO. Czy, wobec tej ostatniej charakterystyki, samodzielne odegranie przez Ankarę istotnej roli w trwającym konflikcie wydaje się Panu prawdopodobne? A jeżeli tak – jaka byłaby to rola? Nie widzę motywacji Turcji do poprowadzenia samodzielnej polityki w tej kwestii. Uwaga tego kraju jest skierowana przede wszystkim na Bliski Wschód (konflikt syryjski, irański program atomowy, perturbacje w regionie wskutek Arabskiej Zimy Ludów 2011 r.), a także na poradziecki Afganistan i kraje Azji Środkowej, z racji na poczucie wspólnoty językowej z nimi. Te ostatnie, sojuszniczo związane z Rosją (za wyjątkiem Turkmenistanu), Turcja traktuje jednak nie jako obszar rywalizacji strategicznej z sąsiadem, z którym graniczy poprzez Morze Czarne, lecz rynek zbytu, źródło surowców, obszar wpływu swej kultury. Oczywiście, w interesie Turcji nie leży wzmocnienie wpływu Rosji wokół jej granic. Tym bardziej, że wpływ ten wzrósł ostatnio wraz z decyzją USA o przeprowadzeniu wspólnego z Rosją rozbrojenia z broni chemicznej reżimu syryjskiego. Jednak – wrócę tu do początku mojej wypowiedzi – ze strategicznego punktu widzenia przejęcie przez Rosję panowania nad Krymem wiele nie zmienia (Flota Czarnomorska Rosji i tak była najsilniejszą flotą na tym akwenie). Inny motyw zaangażowania Turcji w konflikt to ewentualne łamanie praw mniejszości tatarskiej na Krymie przez nowe władze. Nie ma jednak sygnałów, że do tego one zmierzają. Historycznie uzasadnione uprzedzenie Tatarów krymskich do Rosji (skutek ich deportacji do Kazachstanu w 1944 r.) to motyw niewystarczający do tego, aby Turcja mocniej zaangażowała się w obronę integralności Ukrainy. Mocniej, to znaczy ponad poziom, który ostatecznie określą wszystkie państwa NATO. Jak ocenia i widzi Pan rolę mniej uwzględnianych, a przecież także na swój sposób istotnych aktorów międzynarodowych – przede wszystkim Chin, ale także Białorusi oraz innych państw obszaru postsowieckiego? W konflikcie o Krym Chiny stoją obecnie wobec poważnego dylematu. Z jednej strony występują przeciwko naruszeniu integralności jakiegokolwiek państwa na świecie z powołaniem się na argumenty narodowościowe, nie chcą bowiem przykładać ręki do precedensów, które mogłyby być następnie wykorzystane przeciwko ich panowaniu w Tybecie czy Xinjiangu (Turkiestanie Wschodnim). Z drugiej strony nie mają żadnego interesu, by wzmacniać pozycję Zachodu w starciu z Rosją. Orientacja na wartości europejskie nowych władz w Kijowie nie daje podstaw spostrzegać Ukrainy jako partnera Chin, jak Pekin mógł to sobie wyobrażać w okresie rządów Leonida Kuczmy czy Wiktora Janukowycza. Skądinąd wiemy, że dla Chin rozstrzygające znaczenie dla decyzji, jak ustosunkować się do danego państwa mają perspektywy inwestycji na jego terytorium. Nowe władze ukraińskie z pewnością nie odrzucają ani otwarcia kraju na inwestycje chińskie, ani uczestniczenia Chin w pokryciu długów państwa, ani zaciągnięcia w bankach chińskich kredytów na rozwój infrastruktury. Z tego powodu sądzę, iż wobec kryzysu krymskiego Chiny zachowają się tak, jak mają „w zwyczaju”: wstrzemięźliwie. W przypadku Białorusi postępowanie będzie chyba podobne jak wobec kryzysu gruzińskiego w 2008 r. Władze do dziś nie uznały niepodległości dwu satelitów rosyjskich na Kaukazie. Principium Łukaszenki jest zachowanie integralności kraju oraz takiego stopnia suwerenności, który pozwala na pewne manewrowanie między Rosją, UE, Chinami i – w ostatniej kolejności – innymi niż sama Białoruś państwami autorytarnymi na świecie (m. in. Iranem, Wenezuelą). Stąd nie ma on żadnego powodu popierać aneksji Krymu. Z drugiej strony nowe władze ukraińskie, jak najbardziej słusznie, nie przypisują sobie roli „eksportera” rewolucji demokratycznej na przestrzeni całego byłego ZSRR. Przenikalność granicy białorusko-ukraińskiej i wpływ atmosfery rewolucyjnej z Kijowa do Mińska nie jest duży. Zresztą, interwencja rosyjska na Krymie jest w pewnym sensie w interesie reżimu. Pokazuje, że rewolucji na obszarze poradzieckim nie można przeprowadzić bez „kary” ze strony Rosji. Dla Łukaszenki bardziej niebezpieczna byłaby sytuacja, w której Rosja biernie zaakceptowałaby zmianę władzy w Kijowie. Zwiększałoby to prawdopodobieństwo wybuchu rewolucji przeciw niemu samemu. Jak na przyszłość Ukrainy, którą my, w Polsce, najchętniej widzielibyśmy integrującą się z Zachodem, rzutować może już nie sam obecny kryzys, ale uwarunkowania tożsamościowe? Czy np. „prorosyjskość” wschodnich i południowych obwodów możemy uznać za fakt i realną przeszkodę w tej drodze, czy raczej wątek ten jest wyolbrzymiany? Integracja Ukrainy z UE – o ile jej władze utrzymają obecny kurs, a także o ile kwestia krymska nie spowoduje całkowitego „zamrożenia” stosunków Zachodu z Rosją (wtedy ten pierwszy wykluczyłby akcesję Ukrainy, gdyż koszty inwestowania w nią, także w jej obronność, przekroczyłyby to, na co rządy w tej części świata mają społeczne przyzwolenie) – wydaje się być kwestią nie mniej niż piętnastolecia. Jeśli w tym czasie funkcjonowałby traktat o stowarzyszeniu i pogłębionej strefie wolnego handlu Ukrainy z UE, dla Ukraińców zniesiono by także wymóg wizowy, w końcu zdołałaby ona zdywersyfikować dostawy węglowodorów (np. przez szybką budowę terminalu na gaz w Odessie), poparcie dla integracji najprawdopodobniej osiągnęłoby stale poziom wyższy niż bezwzględna większość obywateli. Sądzę, iż względy tożsamościowe nie są poważną przeszkodą dla tego, aby również na Wschodzie i Południu wskaźnik ten przekroczył 50%. Można tu się powołać na doświadczenie Łotwy i Estonii, w których Rosjanie – o ile posiadają obywatelstwo (a na Ukrainie wszyscy je posiadają) – gremialnie biorąc, nie są przeciwni członkostwu ich krajów w UE. Zatem wydaje się, że wschodnie i południowe obwody Ukrainy można do integracji przekonać. Stopniowa zmiana w tym zakresie będzie jednak możliwa pod dwoma warunkami. Z jednej strony prezydent Rosji oraz większość jej mediów musiałby zaprzestać stałego podkreślania wspólnoty historycznej Słowian Wschodnich oraz operowania wspomnianą już retoryką utożsamiającą zdecydowanych zwolenników integracji z Zachodem na Ukrainie ze skrajną prawicą. Z drugiej nowe władze ukraińskie muszą prowadzić taką politykę tożsamościową (a w jej obrębie m. in. politykę edukacyjną i wobec pamięci), aby mieszkający w niej Rosjanie i Ukraińcy rosyjskojęzyczni nie poczuli, że są obywatelami co najwyżej tolerowanymi. To bardzo trudne wyzwanie. Nie zdołał go jeszcze rozwiązać żaden z rządów ukraińskich od 1991 r. Zresztą, oba te warunki wydają się trudne do spełnienia. Ale szersza ich charakterystyka wymagałaby od nas kolejnej rozmowy. Dr hab. Tomasz Stryjek – historyk, pracownik Instytutu Studiów Politycznych PAN. Jest autorem książek: „Ukraińska idea narodowa okresu międzywojennego. Analiza wybranych koncepcji” (Wrocław 2000) oraz „Jakiej przeszłości potrzebuje przyszłość? Interpretacje dziejów narodowych w historiografii i debacie publicznej na Ukrainie 1991-2004” (Warszawa 2007). Inne jego publikacje dotyczą historiografii ukraińskiej i ideologii ukraińskich w XX w., interpretacji dziejów Europy Wschodniej stworzonych przez historyków państw tego regionu oraz teorii narodu i nacjonalizmu. Jest także współautorem dwóch podręczników szkolnych – do historii najnowszej w gimnazjum oraz wiedzy o społeczeństwie w liceum.
Błona jest zbudowana z cienkiego płatu i może mieć różne kształty. Podczas pierwszego stosunku zostaje naderwana, pęka w kilku miejscach. U połowy kobiet podczas defloracji pojawia się niewielkie krwawienie i nieznaczny ból. Natomiast u wielu kobiet błona może być na tyle elastyczna, że jej przerwanie pozostaje niezauważone zarówno przez nią, jak i przez niego. Zdarza się, że błona dziewicza pęka dopiero po urodzeniu pierwszego dziecka! Można więc współżyć i być dziewicą. Najlepszą pozycją do defloracji jest taka, gdy kobieta leży na podwyższeniu, z nogami skierowanymi ku dołowi i wygiętym tułowiem. Po defloracji wskazana jest przerwa we współżyciu, ok. 2-3 tygodni. W wielu religiach dziewictwo postrzegane jest jako szczególna wartość, dar dla drugiej osoby. Ideałem byłoby, gdyby defloracja odbyła się z czułym i kochającym partnerem. W wielu kulturach dokonywano rytualnej defloracji, niekoniecznie z udziałem osób, ale i przedmiotów, np. sztucznego fallusa, rogu, kija, kukurydzy, bumerangu. W niektórych regionach świata jeszcze dziś defloracja ma charakter festynu ludowego. Np. na egipskich wsiach podczas uroczystości weselnych wiesza się zakrwawione prześcieradła na sznurach, żeby wszyscy sąsiedzi mogli się przekonać, że córki były dziewicami. Czy wiesz, że... Tak kochasz, jak pragniesz Atrakcyjność każdego w dużej mierze wiąże się ze specyfiką wydzielanych przez niego wabiących zapachów, zwanych feromonami. Do tej pory zidentyfikowano ok. stu różnych substancji zapachowych, wydzielanych przez ciało człowieka. Tworzą one niepowtarzalną zapachową aurę wokół osoby. Na wytwarzanie feromonów wpływa wiele czynników, np. widok atrakcyjnej osoby, a nawet fantazjowanie o niej. Mają na to wpływ także różne negatywne stany psychiczne, jak agresja czy nienawiść. Niektórzy obdarzeni są zdolnością wytwarzania tak silnych feromonów, że niezależnie od wyglądu przyciągają do siebie przedstawicieli przeciwnej płci. Feromony działają jednocześnie w obie strony. Zapach prowokuje zapach. To znaczy, działanie wabiące jednego zapachu uruchamia produkcję zapachu u drugiej osoby.
FAQFAQ – wszystko o krwawieniach miesiączkowychMasz pytania dotyczące krwawień miesiączkowych, a boisz się zapytać? Zapoznaj się z naszymi odpowiedziami na najczęściej zadawane pytania!Jaka jest prawidłowa długość cyklu miesiączkowego?W ciągu pierwszego roku, przerwy między krwawieniami miesiączkowymi mogą wynosić od 21 do nawet 45 dni. W kolejnych latach cykl stabilizuje się zwykle na poziomie 27–38 dni. Krwawienie częstsze lub rzadsze mogą świadczyć o cyklach bezowulacyjnych, chorobach tarczycy, wynikać z zaostrzenia lub złego wyrównania przewlekłej choroby, otyłości albo zaburzeń krwi traci się podczas miesiączki?Utrata krwi w trakcie cyklu mieści się prawidłowo w granicach 20–80 ml. Trudno jest to zmierzyć, więc przyjmuje się, że zwykle koniecznych jest 3–6 podpasek lub tamponów na dobę. Jako objaw chorobowy traktuje się utratę krwi >80 ml/cykl. Taką ilość krwi wchłonie średnio 16 normalnej wielkości środków higienicznych. Przyjmuje się że przypadłość ta dotyczy ok. 10% kobiet i zawsze wymaga diagnostyki po porodzie wraca miesiączka?Zależy to przede wszystkim od tego, czy kobieta karmi piersią. Standardowo okres połogu, podczas którego cofają się w organizmie kobiety zmiany zachodzące podczas ciąży, trwa 6-8 tygodni. U kobiet karmiących sztucznie właśnie po takim czasie powraca krwawienie miesiączkowe. Karmienie naturalne powoduje zwiększenie stężenia prolaktyny i przez to opóźnia wystąpienie miesiączki – jest to tzw. „laktacyjny brak miesiączki”. Najczęściej podczas karmienia zahamowana jest owulacja, zdarza się jednak, że nawet u kobiety karmiącej dochodzi do wytworzenia komórki jajowej. Dlatego właśnie karmienie i brak miesiączki nie zabezpieczają przed ewentualną można współżyć podczas miesiączki?Wokół tego tematu na przestrzeni wieków narosło wiele mitów. z punktu widzenia medycznego nie ma przeciwwskazań do współżycia podczas miesiączki. Należy tylko pamiętać o zachowaniu higieny, gdyż w tym czasie łatwiej jest o zakażenie. Nie można też zapominać o tym, że miesiączka nie stanowi zabezpieczenia przed ciążą. Udowodniono, że plemniki są w stanie w ciele kobiety przeżyć kilka dni – mogą więc „zaczekać” na następującą w połowie cyklu miesiączka zabezpiecza przed zajściem w ciążę?Absolutnie nie. Plemniki mogą przeżyć w ciele kobiety nawet tydzień. Więc jeżeli nawet stosunek ma miejsce w czasie miesiączki, do zapłodnienia może dojść tydzień później, kiedy wystąpi mogę stosować tampony jeżeli jestem dziewicą?Tampony mogą być stosowane przez dziewczęta przed rozpoczęciem współżycia, jednak ze względów anatomicznych ich używanie może być nieco stosowanie tamponów jest bezpieczne?Przy rozsądnym podejściu tampony są bezpieczne. Najlepiej stosować je w czasie największego nasilenia krwawienia, gdyż w przeciwnym razie będą wchłaniać naturalną wydzielinę pochwy powodując jej wysuszenie. Należy też często je wymieniać, aby zapobiec rozwojowi powinna pojawić się pierwsza miesiączka?Pierwsza miesiączka pojawia się zwykle w wieku 12–13 lat. 98% dziewcząt zaczyna miesiączkować do 15 roku życia. Jeżeli krwawienie miesiączkowe nie pojawi się do 16 a u dziewczynki rozwinięte są tzw. drugorzędowe cechy płciowe (owłosienie łonowe, powiększenie piersi) to należy zgłosić się do lekarza w celu zdiagnozowania bierze się krwawienie?W organizmie kobiety znajdują się jajniki, których jedną z funkcji (przez prawie całe życie) jest uwalnianie dojrzałych komórek jajowych. Nazywamy to owulacją i ma ona miejsce mniej więcej raz w miesiącu. Taka dojrzała i gotowa do zapłodnienia komórka „wędruje” przez jajowody w kierunku macicy. W tym czasie, w macicy rozrasta się błona śluzowa i przygotowywane jest miejsce dla ewentualnie zapłodnionej komórki. Jeżeli nie dojdzie do zapłodnienia, pod wpływem zmian hormonalnych następuje złuszczenie błony śluzowej macicy, objawiające się krwawieniem, czyli mogę sama wyznaczyć dzień owulacji?Wbrew pozorom nie jest to takie łatwe. W celu wyznaczenia terminu owulacji musisz bacznie obserwować swoje ciało i cykle miesiączkowe. Poprzez połączenie różnych metod takich jak obserwacja wydzieliny z pochwy, mierzenie temperatury oraz śledzenie przebiegu swoich cykli miesiączkowych (najlepiej w specjalnie do tego przystosowanym kalendarzu), możesz szacunkowo ocenić moment owulacji. Będzie to dużo łatwiejsze jeżeli twoje cykle są regularne. Szacuje się iż uwolnienie komórki jajowej z jajowodu następuje pomiędzy 11 a 21 dniem licząc od pierwszego dnia miesiączki (dla kobiet z 28 dniowym cyklem). Pomocne w wyznaczeniu dni płodnych mogą być także dostępne w aptekach testy miesiączkowe jak mierzymy jego obfitość?Normalna miesiączka trwa 2 do 7 dni. u zdrowej kobiety objętość krwi traconej co miesiąc podczas menstruacji mieści się w granicach 20–80 ml. Trudno jest to zmierzyć, więc przyjmuje się, że zwykle zużywa się 3–6 podpasek lub tamponów na dobę1. Jeden normalnej wielkości środek higieniczny może zaabsorbować ok. 5 ml płynu, a wersja „maxi” wchłania aż do 10 ml. Jako objaw chorobowy traktuje się utratę krwi >80 ml/cykl, co oznaczałoby zużycie ponad 16 tamponów lub podpasek w trakcie cyklu5. Dolegliwość ta dotyczy ok. 10% kobiet6. Jednak więcej, bo ponad 30% kobiet opisuje swoje krwawienia jako obfite7. Dzieje się tak zwykle, kiedy utrata krwi miesiączkowej jest w górnych granicach normy. Przy braku innych dolegliwości możemy wówczas mówić o tym, że krwawienie miesiączkowe jest fizjologiczne (prawidłowe), choć obfite i przez to często wpływa na codzienne funkcjonowanie kobiet, prowadzi do ograniczenia aktywności fizycznej8, może utrudniać dobór ubioru czy krwawienie miesiączkowe to nie tylko problem natury estetycznej. Może ono być przyczyną zmęczenia, czy odczuwania dyskomfortu można także zapominać o traconym wraz z krwią żelazie. Zwykle miesiączka zwiększa dzienną utratę żelaza z organizmu o ponad 50%. Codziennie, w czasie prawidłowej menstruacji kobiety tracą od ok. 0,5 do 1,8 mg tego pierwiastka wraz z krwią. Łatwo policzyć, że organizm po całym okresie krwawienia musi uzupełnić straty nawet ponad 12 mg jest składnikiem hemoglobiny – białka wchodzącego w skład krwinek czerwonych, odpowiadającego za transport tlenu do wszystkich komórek organizmu, ma też ważne znaczenie dla zachowania odporności. Niedobory żelaza mogą powodować obniżenie sprawności fizycznej i intelektualnej czy zmniejszeniem odporności11,12, specjalistów, to właśnie obfite krwawienia miesiączkowe, obok nieprawidłowej diety, są jednym z głównych powodów niedoboru żelaza u kobiet10, tak ważna jest dodatkowa suplementacja tego składnika podczas zapotrzebowanie na żelazo wynosi dla dziewcząt ok. 10 mg/dobę, jednak po pojawieniu się pierwszej miesiączki wzrasta nawet do 15-18 mg/dobę. Dla porównania – dla mężczyzn przez całe życie pozostaje na poziomie 10 mg/dobę11. Jeśli krwawienia miesiączkowe są odczuwane przez kobietę jako obfite i stanowią dla niej problem, wymagają wnikliwej diagnostyki przez lekarza. Wprawdzie często nie udaje się odnaleźć konkretnej przyczyny, ale może się zdarzyć, że powodem okażą się leki zmniejszające krzepliwość krwi (np. aspiryna), zaburzenia krzepnięcia krwi, endometrioza, mięśniaki macicy, choroby endokrynologiczne, polipy macicy czy metod stosowanych w celu zmniejszenia obfitości krwawień miesiączkowych zależy przede wszystkim od ich nasilenia (czy jest to jeszcze górna granica normy czy już choroba) oraz przyczyny. Jeżeli przyczyna jest jasna – leczenie będzie polegało na jej usunięciu, jeżeli nie uda się jej odnaleźć – pozostaje postępowanie M. et al. What’s normal? Accurately and efficiently assessing menstrual function, Pediatric Annals, 2015; 44 (9): e213–e217, dotęp V. dostęp N. dostęp D. Pytania do ekspertów. Ginekologia, dostęp C. Very Havy Menstrual Flow dostęp Menorrhagia Research Group, Quantification of menstrual blood loss, The Obstetrician& Gynaecologist 2004; 6:88–92Karlsson et al. Heavy menstrual bleeding significantly affects quality of Obstet Gynecol Scand. 2014 Jan;93(1): A, von Stenglin A, Rybowski S. Women’s attitudes towards monthly bleeding: results of a global population-based survey. Eur J Contracept Reprod Health Care. 2012 Aug;17(4): Guillermo et al. Female social and sexual interest across the menstrual cycle, BMC Women’s Health201010:19Milman N., Clausen J., Byg Iron status in 268 Danish women aged 18-30 years: influence of menstruation, contraceptive method, and iron supplementation, Annals of Hematology 1998, 77(1-2):13-9Jarosz M. et al. Normy żywienia dla populacji polskiej – nowelizacja. Instytut Żywności i Żywienia 2012; Scientific Opinion on the substantiation of health claims related to iron. EFSA Journal 2009; 7(9):1215EFSA. Scientific Opinion on the substantiation of health claims related to iron. EFSA Journal 2010;8(10):1740Baron et al. Menorrhagia: Risk Factors, Diagnosis and Treatment,
jak współżyć z dziewicą